Samorządowe Przedszkole nr 13 w Krakowie
Strona głowna  /  Aktualności  /  Zabawy dla grupy II - 24 czerwca
Zabawy dla grupy II - 24 czerwca
data dodania: 2020-06-24 07:43:55

Podróże małe i duże

Poznań- miasto koziołków i rogali

 

Jak poznańskie koziołki – zabawa ruchowo-naśladowcza. Przy akompaniamencie skocznej melodii (np. „Panie bobrze, panie bobrze”) dziecko wykonujeruchy, naśladując koziołki (może skakać obunóż; wędrować powoli na czworakach – na nogach wyprostowanych w kolanach; uderzać się rogami; skakać raz na jednej, raz na drugiej nodze; powoli skubać trawę; stawać na „tylnych” nogach i opierać się o płot; biegać, wysoko podnosząc kolana.

 

Poznańskie koziołki – zapoznanie z historią poznańskich koziołków. Rodzic czyta legendę „Przedziwna historia o koziołkach poznańskich” (według Stanisława Świrki) lub opowiada ją własnymi słowami. Następnie prezentuje fotografię ilustrującą poznańskie koziołki na wieży ratuszowej, wyjaśniając, że każdy, kto pojedzie do Poznania, powinien zobaczyć na własne oczy poznańskie koziołki na wieży ratuszowej i policzyć, ile razy bodą się rogami.Ciekawostka: Koziołki na wieży ratuszowej w samopołudnie, gdy rozlega się hejnał, wybiegają z okienka nad zegarem i bodą się rogami dwanaście razy.

 

Przedziwna historia o koziołkach poznańskich - S.Świrko

Działo się się to roku pańskiego 1551, za panowania Wielce miłościwego króla Zygmunta Augusta. Czasy były spokojne, skarbiec miejski zasobny, dlatego też sławetni ojcowie miasta Poznania uradzili zgodnie, by na rozbudowywanym właśnie ratuszu ufundować zegar okazały, który by wydzwaniał godziny, półgodziny i kwadranse i służył obywatelom wszystkich stanów. Zawarli też w tej materii kontrakt uroczysty z mistrzem cechu zegarowego, imć Bartłomiejem Wolfem z Gubina, który podjął się takowy zegar wykonać.
Właśnie nadszedł umówiony termin - 15 września pomienionego roku - i mistrz Bartłomiej postanowił zaprezentować radzie miejskiej wykonany przez siebie zegar, umieszczony już kilka dni wcześniej na wieży ratuszowej.                                                                                        Zeszli się na tę uroczystość wszyscy rajcy miejscy, zaproszono burmistrzów z innych miast wielkopolskich, zapowiedział swój przyjazd nawet sam jaśnie wielmożny wojewoda poznański. Wkoło ratusza zebrała się wielka ciżba pospólstwa, ale straż miejska miała surowo przykazane, by wpuszczać do ratusza jeno dostojników miejskich i zaproszonych gości.
W sali rozstawiono już stoły, wyciągano z piwnic omszałe gąsiory ze stuletnim węgrzynem
i miodem kruszwickim i przygotowywano pieczywa i cukry. Najwięcej roboty miał dnia tego imć pan Gąska, kuchmistrz poznański, któremu sam burmistrz polecił przygotować na ucztę pieczeń sarnią szpikowaną słoniną z papryką, jako że był to przysmak wojewodziński. Stał więc imć pan Gąska od wczesnego ranka przy ognisku, lewą ręką obracał rożen z pieczenia, a prawą raz po raz polewał skwierczącą sarninę roztopionym masłem przyprawionym gorzkimi migdałami, cynamonem i muszkatołową gałką. Wkoło rozchodziła się woń tak smakowita, iż kuchcikowi Pietrkowi, który od rana z powodu rozgardiaszu i bieganiny ledwie kęs chleba zjeść zdołał, aż ckniło na wnątrzu. Spoglądał więc pożądliwie na stojący na ławie obok komina dzban z piwem, z którego mistrz Gąska raz po raz pociągał sobie z lubością, że aż mu grała spocona grdyka. Myślał Pietrek, że pryncypał wyrozumie wymowne spojrzenie oczu jego i da mu się napić choć krztynę, ale mistrz Gąska, zajęty sarnią pieczenia, ani spojrzał w jego stronę. Wtem przed ratuszem zagrała trąbka i krzyk się rozległ wśród pospólstwa: Jadą, już jadą!
-  Trzymaj rożen! - krzyknął kuchmistrz do Pietrka i wyskoczył z kuchni, by popatrzeć na przyjeżdżających gości. Pietrkowi było w to graj! Wsparł rożen o komin, a sam przypiął się jak pijawka do dzbana z piwem.-  Co za wspaniałe piwo, jeszcze takiegom nie pił w życiu swoim - mruczał Pietrek mlaskając językiem. Nagle stała się rzecz straszna. Rożen obsunął się z komina i na wpół upieczony sarni udziec runął w sam środek ogniska. Czarny dym wypełnił całą kuchnię. Pietrek oderwał się od dzbana z piwem i zaczął wrzeszczeć, jakby go ze skóry obdzierano. -  Pali się!... Pali się!... Gdy imć pan Gąska przybiegł na ratunek, było już za późno: z sarniego udźca pozostał tylko czarny, skwierczący węgiel. W pierwszym porywie złości mistrz Gąska porwał Pietrka za kark i tłukł w niego jak w bęben, aż się zasapał ze zmęczenia. A potem złapał się z desperacji za głowę:-  Co  ja  teraz  pocznę  nieszczęsny!  Wojewoda wprawdzie jeszcze nie przyjechał, ale lada chwila przybyć może, a tu nie mam pieczystego na stół! Użaliwszy się w ten sposób, raz jeszcze wytatarował skórę biednemu Pietrkowi, a potem skoczył po radę do ochmistrza. Za chwilę był już z powrotem z dukatem w ręku. Wcisnął pieniądz w dłoń Pietrkową i krzyknął: -  Chybaj, a żywo, do kramu rzeźnickiego i przynieś tu w te pędy ćwiartkę cielęciny, zrobimy nową pieczeń. Pietrek otarł kułakiem łzy z oczu, zacisnął dukata w garści i skoczył ku jatkom, ile miał siły w nogach. Ale gdzie tam! Była przecież niedziela i wszyscy rzemieślnicy w odświętnych strojach poszli pod ratusz na zegarowy festyn. Biegał więc Pietrek na próżno od jatki do jatki i bębnił pięściami w zawarte dźwierza kramów. Wreszcie ręce opadły mu ze zmęczenia, a łzy napłynęły do oczu z wielkiej żałości i bezradności.
Nagle coś zabeczało wedle niego raz i drugi. Obejrzał się Pietrek i widzi: na małej łączce, tuż za ostatnim kramem pasą się upalikowane dwa tłuste, białe koziołki. Niewiele myśląc porwał Pietrek za powrózek i popędził z koziołkami w stronę ratusza. Posłyszał jeno za sobą jakiś rozpaczliwy krzyk niewieści, ale nic na to nie zważał. Za chwilę był już w zadymionej kuchni.
-  Panie majstrze! - wołał zasapany - cielęciny nie ma, bośmy oba zabaczyli, że to dziś niedziela, wszystkie jatki zawarte na amen! Ale przywiodłem ze sobą dwa tłuste koźlaki, z nich też będzie można zrobić pieczeń! -  Widzę, żeś nie w ciemię bity! - zawołał uradowany Gąska. - Rozpętaj koźlęta i podłóż drew na ogień, a ja skoczę po nóż. Zrobimy taką pieczeń, że i sam jaśnie wojewoda, chociaż myśliwy zawołany, nie pozna się: sarna li to, czy koza!
I z wielkiej uciechy zaśmiał się całą gębą. Rozwiązał Pietrek powrózek koźlętom, a potem podkładał drwa na komin i dmuchał w żar przygasły. Na to tylko czekały koziołki: beknęły z uciechy i prysnęły w otwarte drzwi. Skoczył Pietrek z krzykiem za nimi, one hyc na wschody, on na wschody, one hyc na wieżę, coraz wyżej i wyżej, aż wdarły się hen wysoko na gzyms okienny wedle zegara mistrza Bartłomieja, gdzie bez drabiny nijak wleźć nie było można.
Usiadł Pietrek na ostatnim stopniu wschodów i zapłakał głośno jak bóbr nad swoją dolą nieszczęsną. Przybiegł za nim mistrz Gąska, popatrzył w górę na stojące na gzymsie koziołki i takoż z desperacji siadł na wschodach. -  Już nas dziś nic nie uratuje! Taka jest widać wola boska!
Tymczasem poszóstna kareta zadudniła przed ratuszem. Wysiadł z niej sam jaśnie wojewoda z wojewodziną. Skłonił się przed nimi burmistrz z godnością i powiódł dostojnych gości do sali rajcowskiej.
Wtem zastąpiła im drogę siwa staruszka. -  Sprawiedliwości! Jaśnie wielmożny panie! Sprawiedliwości! - wołała łkając. - Obrabowali mnie przy niedzieli! W biały dzień! Jak zbójcy!
Burmistrz poczerwieniał z gniewu jak indor i krzyknął na babinę, którą znał przecie dobrze:
-  Co też wy wygadujecie, Maciejowo! Któż was to obrabował? Upiłyście się, czyście się może blekotu najadły?Ale Maciejowa nie ustępowała.-  Jam nie pijana! Obrabował mnie wasz kuchcik, Pietrek, ukradł mi parę moich ślicznych koźląt. Biegłam za nim i krzyczałam. Do ratusza je przywiódł. Pewnie je tu zaszlachtowano! I znów zalała się łzami i zaczęła lamentować: -  Litości, jaśnie wielmożny wojewodo!  Litości dla biednej wdowy i jej koziołków!... Wojewoda nasępił groźnie brwi, targnął sumiastego wąsa i zwrócił się do gospodarza grodu poznańskiego: -  Widzę, mości burmistrzu, że nieporządki tu u was jakoweś się wkradły i zamiast gościny, sądy wojewodzińskie sprawować tu będziemy musieli.
Nagle wysoko na ratuszu zabeczało coś raz, drugi i trzeci.
-  Koziołki moje, koziołki! - zakrzyknęła Maciejowa. - O tam... tam! Śliczności wy moje!...
Wszyscy jak na komendę zadarli głowy ku górze i oczom nie chcą wierzyć. Wysoko na wieży ratuszowej, tuż nad zegarem stoją na gzymsie dwa białe koziołki, bodą się łbami i beczą uciesznie.                                                                                                                                      W tym momencie wypadł z ratusza kuchmistrz naczelny, imć pan Gąska, ciągnąc za ucho Pietrka. Przypadł do kolan wojewody i ze skruchą wielką jął mu opowiadać całą historię o nieudanej sarniej pieczeni. W miarę opowiadania wojewoda rozchmurzał z wolna swoje oblicze, a gdy kuchmistrz zaczął się rozwodzić o ucieczce koziołków na wieżę - nie mógł już utrzymać urzędowej powagi, tylko zatknąwszy dłonie za pas słucki śmiał się długo i serdecznie, aż tłusty brzuch trząsł mu się pod kontuszem, a łzy szczerej uciechy nabiegły do oczu i spływały po siwych wąsach. - Cha chacha!... A to ci heca!... Cha chacha!... Niedawna konsternacja zamieniła się w ogólną wesołość. Burmistrz wysłał natychmiast strażników na wieżę, którzy zdjęli pocieszne koziołki i oddali je w ręce uradowanej Maciejowej, a wojewoda dorzucił jej jeszcze dukata na obrok dla nich. A potem odbyła się wspaniała uczta, choć już bez sławnej sarniej pieczeni imć pana Gąski. W końcu mistrz Bartłomiej zaprezentował swoje arcydzieło. Zegar posiadał trzy tarcze z podziałem na 24 godziny i wskazówki w kształcie ręki oraz mechanizm pokazujący miesiące i zmiany księżyca. Wszystkim gościom i rajcom miejskim bardzo się on zegar podobał, sławili więc pod niebiosa wielką naukę i kunszt mistrza Bartłomieja. A burmistrz i wojewoda - dla upamiętnienia krotochwilnej przygody z koźlętami Maciejowej - obligowali mistrza z Gubina, iżby do zegara dołączył jeszcze odpowiedni mechanizm z koziołkami.                                                                                                     Mistrz Bartłomiej przyrzekł solennie i słowa dotrzymał. Jeszcze tego samego roku zegar ratuszowy rozpoczął swoją miejską służbę. Po każdej wydzwonionej godzinie wybiegały z okienka dwa białe koziołki i bodły się rogami ku uciesze wszystkich mieszkańców grodu,
a żaków szczególnie. I służył tak niezmordowanie ów sławny zegar z koziołkami aż do roku pańskiego 1675, kiedy to podczas sierpniowej nawałnicy piorun uderzył w wieżę ratuszową i wzniecił ogromny pożar.                                                                                                                       Po ostatniej wojnie i odbudowaniu ratusza zegar znów rozpoczął wydzwaniać godziny. A w samo południe, gdy z wieży rozlega się hejnał, wybiegają z okienka nad zegarem dwa białe koziołki i bodą się pociesznie rogami. I znów jak za dawnych czasów mieszkańcy Poznania spoglądają na nie radośnie i uśmiechają się. Bo jak Polska długa i szeroka - nie ma w niej takiego drugiego ratusza i takich bodących się w południe białych koziołków.

 

Rogale marcińskie

Składniki na ciasto:1 kg mąki. 6 jaj, ½ kostki masła, 2 łyżki cukru, 4 dag drożdży, szklanka mlekaSkładniki na nadzienie:20 dag migdałów i orzechów (pół na pół),  10 dag białego maku, 1 i ½ szklanki cukru pudru, śmietana.

Wykonanie:

Przygotować ciasto: drożdże rozpuścić w niewielkiej ilości mleka. Odstawić. Jaja utrzeć z cukrem i połączyć ze stopionym masłem. Nie przerywając ubijania, dodawać porcjami mąkę, mleko i wcześniej przygotowane drożdże. Ciasto wyrabiać do chwili, gdy zaczną pokazywać się pęcherzyki i wtedy odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Przygotowaćnadzienie: migdały, orzechy i mak zaparzyć, zmielić, utrzeć z cukrem i śmietaną, aż do uzyskania gęstej masy. Wyrośnięte ciasto rozwałkować i pokroić na kwadraty. Na każdy z nich nałożyć porcję wcześniej przygotowanej masy, formować rogaliki i pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Wstawić do gorącego piekarnika i piec w temperaturze 220?C na złoty kolor4.

Ciekawostka: W Poznaniu 11 listopada obchodzone są imieniny głównej ulicy – Święty Marcin (najpierw tak nazywała się cała podmiejska osada, później nazwa dotyczyła głównej ulicy; nazwę przyjęto od patrona kościoła – św. Marcina). Obecnie podczas imienin ulicy Świętego Marcina organizowana jest uroczysta parada. Mężczyzna przebrany za św. Marcina na białym koniu prowadzi barwny korowód wzdłuż całej ulicy (od kościoła pod jego wezwaniem do zamku). Na placu przed zamkiem prezydent miasta wręcza mu symboliczne klucze do miasta – w ten sposób rozpoczyna się wspólna zabawa. Są organizowane m.in. koncerty, wystawy i kiermasz, gdzie głównym produktem są rogale marcińskie5



Komentarze
Dodaj komentarz
Imię i Nazwisko
Adres e-mail
Komentarz
Wpisz wynik: 2+3